Podchodząc do testów czegokolwiek najważniejszą rzeczą jest, by nie mieć od wejścia wyrobionego zdania na podstawie zasłyszanych opinii. Oglądając po raz pierwszy jakiś film nie powinno się czytać recenzji krytyków – potem może być albo wielkie rozczarowanie, albo zarzut, ‘że przecież ten film był bardzo dobry’. Jedząc coś po raz pierwszy trzeba się wyzbyć wyobrażeń o smaku i opinii o danym daniu – trzeba po prostu usiąść za stołem i zaryzykować, bo to co nie smakuje jednej osobie, może łechtać podniebienie drugiej. Słuchając muzyki nie można z góry zakładać, że coś jest złe tylko dlatego, że teoretycznie nie jest z gatunku który preferujesz.

Tak samo testując samochody musisz wyzbyć się wszelkich wyobrażeń o konkretnym modelu patrząc na niego z perspektywy marki, z której się wywodzi. Można (a nawet trzeba) szukać punktów wspólnych, pewnych cech które sprawiają, że marka jest jednolita w całej linii produktowej. Można modele do siebie porównywać by znaleźć ich słabości i atuty, którymi górują nad innymi projektami.
Najgorsze jednak co można zrobić to wejść do auta i opierając się na wcześniejszych doświadczeniach z daną marką od razu ocenić je, nie zważając na prawdziwe jego walory. Z dwóch powodów – bo albo bardzo się rozczarujesz jeśli liczyłeś na zbyt dużo, albo przesadnie się zachwycisz, jeśli auta nie doceniałeś. Jedno i drugie wypacza całe testowanie.

Więc można się zachwycać lub na coś pluć z obrzydzeniem, ale na początku wszystko jest ‘tabula rasa’ – dopiero w trakcie zabawy z testówką można zacząć wyrabiać sobie na jej temat opinię, by na sam koniec stwierdzić, czy tworzenie czegoś takiego miało jakikolwiek sens.

Właśnie tak (jak i za każdym razem wcześniej) podszedłem do testu Seata Leona ST 1.6 CRD. W ciągu 4 dni i niemal 1000km trasy chciałem poznać wszystkie detale by na koniec Wam przekazać, co o tym aucie sądzę. Zabrałem się za to bardzo na serio, z zupełnie czystą głową. Bez uprzedzeń, bez zbędnych oczekiwań.

Po tych 4 dniach i niemal 1000 przejechanych kilometrów wiem jedno – na temat Seata Leona ST wciąż nie mam wyrobionego zdania.

Seat Leon ST – auto nie do ocenienia

Specjalnie wybrałem auto z małym silnikiem diesla – nie chciałem, by mocny silnik odwrócił moją uwagę od tego, jaki faktycznie Seat Leon w kombi powinien być. A ten, oprócz lekko sportowego zacięcia, ma być świetnym kompanem w aktywnym trybie życia, stąd określenie ST, czyli Sport Tourer. Do lasu, nad wodę, na korty tenisowe, albo na wyjazd na miasto z rowerami w bagażniku – w tych zadaniach Leon ST powinien sprawdzać się świetnie.

Pierwsze wrażenie

Pozytywne, ale nie powaliło. Przód auta jak najbardziej na plus, szczególnie ze względu na bardzo charakterystyczne reflektory wykonane w technologii LED. Nie dość, że świecą lepiej i ładniej kolorystycznie niż ksenony, to wyglądają po prostu świetnie – kształt światłowodowego paska jest nie do pomylenia z jakimkolwiek innym modelem.

Cała reszta jednak jest nad wyraz zwyczajna. Linię nadwozia poprowadzono spokojnie z kilkoma ostrzejszymi przetłoczeniami, które są w tym wypadku niezbędne, bo byłoby już zbyt mdło i nieciekawie. Tylne reflektory są takie jak w wersji hatchback, ale tutaj wydają się odrobinę za małe – można było rozwiązać to ciekawiej.

Całość robi wrażenie zaprojektowanej tak, jakby ktoś ciągle designerom mówił do ucha:

„słuchajcie, należymy do VW więc nie możemy się specjalnie wychylać, ok? Powstrzymajcie trochę ołówki, Golf jest ważniejszy”

I wyszło z tego auto, które przy odrobinie większej finezji mogłoby być jednym z ładniejszych kompaktów typu kombi. A tak, pomijając parę fajnych przetłoczeń i baaardzo fajne reflektory, dostałem kluczyki do zupełnie zwykłego auta.
Chyba, że w innym kolorze wygląda lepiej, bo srebrny z każdego auta potrafi zrobić nudną papkę.

Wnętrze

Co innego we wnętrzu – pierwsze wrażenie jest świetne. Fotele, choć nie agresywne, sprawiają początkowo wrażenie dobrze trzymających i wygodnych (jaka jest prawda – o tym za chwilę), poza tym poziom regulacji jest fenomenalny – nie miałem najmniejszego problemu, by w kilka chwil dopasować się i potem nic już nie zmieniać. Jest też dość nisko, czyli tak jak być powinno.
Do tego bardzo pasuje konsola środkowa, która tak jak w starych BMW, jest nachylona w stronę kierowcy. Lekko sportowy akcent, ale zmienia bardzo dużo w charakterze wnętrza. Nawet czarno-szare kolory jakoś specjalnie mi nie przeszkadzały, co jest pewnie spowodowane chromowanymi wstawkami i czarnym lakierem fortepianowym. Zresztą dużą część deski zajmuje kolorowy ekran, który w końcu reaguje szybko i jest bardzo dokładny.

A zostając przy ekranie – projekt menu zmienia kolorystykę w zależności od wybranej pozycji (telefon, radio, navi et.). Drobiazg, a dużo zmienia i powoduje, że chce się z tego systemu korzystać. Tak samo przyjemne jest to, że ekran reaguje zmianą wyglądu, jak tylko zbliży się rękę – wtedy przyciski są bardziej wyraźne. Kiedy przestaje się z niego korzystać, wtedy niektóre funkcje się chowają tak, by nie odwracać uwagi kierowcy. Inteligentna bestia.

Zestaw zegarów zresztą też robi bardzo dobre wrażenie – czcionka jest jakby sportowa, ale nie traci na czytelności. I co bardzo dla mnie istotne – to nie jest ekran. Tutaj jest klasycznie, czyli zegary i ekranik komputera. Po co kombinować inaczej?

W połączeniu z wielofunkcyjną kierownicą daje to bardzo dużą wygodę użytkowania komputerem pokładowym, telefonem i zestawem audio.
Tylko te srebrne wstawki na kierownicy przy odpowiednim kącie padania promieni słonecznych potrafiły czasem oślepić, ale to drobiazg.

I jak już się do wnętrza przyzwyczaiłem, uznałem, że mi się podoba i wszystko mi w nim pasuje, zaczęły pojawiać się wyraźne niedociągnięcia, których preludium były właśnie te odblaskowe elementy na kierownicy. Panel klimatyzacji taki sam jak w Golfie, The Beetle i innych modelach tej klasy jeszcze zrozumiem – nie ma sensu robić oddzielnych rozwiązań dla tylu modeli.

Oszczędności poszukano jednak w bardzo wielu miejscach. Co dziwne, w Leonie nie ma (!!!) regulacji wysokości pasów bezpieczeństwa. Coś takiego jest nawet w moim Swifcie, a nie ma w aucie za ponad 80 tys. pln? Żart jakiś. Tak samo, jak niektóre użyte we wnętrzu materiały – początkowo wydają się ok, a potem widzisz schowek przed pasażerem i zastanawiasz się, czy przypadkiem z takiego samego plastiku nie robią kiblów Toi-Toi. Wiecie, taki oleisty, ślisko-lepiący plastik, który masz wrażenie jakby był posmarowany kleikiem. Dziwne, że tak słaby materiał został użyty w tak bardzo widocznym miejscu. Oszczędności, oszczędności, księgowi jak zawsze górą!

Nie można jednak wnętrzu odmówić funkcjonalności – system składania siedzeń jest wybitnie prosty, w bagażniku znajduje się wiele haczyków na zakupy, a we wnętrzu (co jest szczególnie ważne w przypadku dzieci) w tylnych drzwiach zostały wbudowane rolety przeciwsłoneczne. Niby banał, ale przydaje się zdecydowanie.

Jazda

1.6 CRD nie jest wysilonym silnikiem – 105KM w takim samochodzie od razu sygnalizuje, że torpeda to nie będzie. A tutaj zaskoczenie – silnik jest nie tylko bardzo elastyczny, ale także bez problemu radzi sobie z 4ma osobami na pokładzie. 150, 160, 170 km/h wchodziło bez najmniejszego problemu przy spalaniu rzędu 6l/100km. Jako dowód niech będzie fakt, że jeżdżąc niemało, przejechałem blisko 900km na jednym baku. Świetny wynik. Oczywiście przyspieszenie na papierze nie powala, ale elastyczność na najwyższych biegach jest już godna pozazdroszczenia. Bardzo pozytywne zaskoczenie, trzeba przyznać.

Silnik jest nie tylko bardzo elastyczny, ale także bez problemu radzi sobie z 4ma osobami na pokładzie

A aktywny tempomat to najlepszy wynalazek od czasu skrzyni automatycznej. Sam reguluje odległość od poprzedzającego auta, sam hamuje i przyspiesza, coś fenomenalnego. Pierwszy raz z tego korzystałem i chcę to mieć teraz w każdej testówce – jeśli nie będzie to na wejściu ma o pół oceny niżej. Daje to tak kolosalną wygodę na długich trasach, tak odpręża, że trzeba się jedynie pilnować, by przypadkiem nie stracić czujności przy zjazdach z autostrady. Całą resztą zajmuje się tempomat.

Ale i tak nie jest idealnie. Zawieszenie, mimo, że dość twarde, fajnie wybiera nierówności i trzyma się drogi. Układ kierowniczy jest delikatnie gumowy, ale można się przyzwyczaić. Jest znośnie, aczkolwiek mogłoby być lepiej jak na mój gust. Całą jednak nie najgorszą przyjemność z jazdy psują fotele. Na pierwszy rzut oka bardzo dobre, na dłuższej trasie okazały się wybitnie niewygodne. To nie jest normalne, by po trasie Łódź – Warszawa, czyli 140km, bolał mnie tyłek i żebym się na fotelu ciągle wiercił. Tak, pierwszy raz po tej, krótkiej bądź co bądź, trasie byłem zmęczony siedzeniem. Makabra, jeśli można zamówić do tego auta inne fotele, to trzeba robić to bez wahania. I słabo podtrzymują uda, kolejny minus.

Podsumowanie

Normalnie to auto bym do czegoś porównał – do jakiegoś filmu, książki, płyty, czegokolwiek. Lubię robić w te sposób, taki mam styl. A Seat Leon ST jest takim samochodem, którego nie mam do czego porównać, bo nie znam czegoś tak bardzo skrajnego. Brakuje mi dla niego pomysłu, jakiegokolwiek odnośnika.
Z jednej strony auto jest świetne – niebrzydkie, przyzwoicie wykonane, diesel 1.6 CRD o dziwo bardzo dobrze daje sobie radę. Swoją drogą, lepiej niż w Octavii, znacznie lepiej. Ma duży bagażnik, dużo miejsca na tylnej kanapie, pali nikczemnie mało, więc na długie wyjazdy aż się prosi by takim jechać, obowiązkowo z aktywnym tempomatem.

I jak już rzeczywiście człowiek jest do tego auta przekonany, to są rzeczy, które tak kłują i uwierają, że choćby nie wiem jak się chciało, to się odechciewa. Fotele niewygodne jak nie wiem co, materiały w niektórych miejscach jak z początku lat 90, nudnawy wygląd (to zależy od uznania) – przez to Seat Leon ST stracił w moich oczach.
Jednocześnie chciałbym go mieć, a z drugiej wiem, że bym nie mógł. Są rzeczy fenomenalne i takie, które odpychają. A ja nie mam pojęcia, co mogłoby przechylić szalę na którąś ze stron. To auto jest nie do ocenienia.