Jest taki bardzo stary, głupawy dowcip, który idealnie nadaje się na ‘żenujący żart prowadzącego’:

Jest II Wojna Światowa, ogólna mobilizacja, chłopcy są zaciągani do wojska, szkoleni i przypisywani do poszczególnych dywizji. Jeden z nich, Janek było mu na imię, po testach trafił do sił powietrznych. Nadszedł czas walk, więc chłopak postanowił pożegnać się z bliskimi, a ostatnią osobą, z którą porozmawiał przed wyjazdem była jego matka. Polały się łzy, było przytulenie, prośba o powrót, a na odchodne matka powiedziała mu groźnym głosem: 

– Synu, pamiętaj, lataj nisko i powoli!

 

Borze jak sucho. I choć żart rzeczywiście zdążył się już znudzić i już mało kogo śmieszy, to nie przywołuję go bez powodu albo dlatego, że nie mam pomysłu na początek tekstu. Nie. Zamiast tego mam wręcz nieodparte wrażenie, że ten żart jest teraz wyjątkowo prawdziwy, jeśli spojrzeć na niego bardziej serio.

Bo patrząc na niego z perspektywy użytkowników dróg to My jesteśmy tym Jankiem, a nasza władza to trująca dupę, gadająca głupoty i nie znająca realiów matka.

Wolno nie znaczy bezpiecznie

Ciągle wtłacza nam się w głowy, że im wolniej jedziemy tym jest to bezpieczniejsze i mniejsze jest prawdopodobieństwo wypadku. Ostatnio mocno jest promowana wymowna i działająca na wyobraźnię (w końcu!) kampania społeczna przeciwko nadmiernej prędkości w mieście:

Nie mam zamiaru się kłócić z słusznością tego przekazu, to byłby czysty idiotyzm zaprzeczać faktom oczywistym. Z pewnością te 10km/h mniej uratowałoby wiele istnień. Ale uratowałoby je także większe skupienie wymuszającego pierwszeństwo, bo wtedy zagrożenie by po prostu nie powstało. Tak samo, jak uratowałoby je większe ogarnięcie kierującego, który mógłby zwyczajnie skręcić kierownicą i zmniejszyć możliwość uderzenia w ciężarówkę w najgorszy możliwy sposób. Mógłby wjechać na chodnik, uderzyć bokiem, mógłby rozwalić zawieszenie na krawężniku przy hamowaniu, ale w ciężarówkę by nie wjechał. Ale o tym się nie mówi, bo zawsze winna jest prędkość.

Wmawianie kierowcy, że prędkość jest jedynym źródłem wypadków jest tak samo błędne jak przekonywanie pilota, że wróci do domu jeśli będzie latał nisko i powoli

A prawda jest taka, że wolna jazda niekoniecznie jest bezpieczna. W mieście – oczywiście, jest znacznie więcej zagrożeń niż poza nim, więc zmniejszenie prędkości jest zupełnie logiczne. 50km/h na zwykłej miejskiej drodze wystarcza w zupełności. Jeśli jednak ktoś jedzie 30km/h na ograniczeniu do 50, to powoduje prawdopodobnie większe zagrożenie niż ten, który jedzie 60 km/h. Nie tylko blokuje ruch, ale także zmniejsza czas reakcji tych, którzy jadą za nim. W końcu ‘dynamiczna jazda’ nie wzięła się na prawie jazdy z niczego, to także trzeba zaliczyć.
Tak samo jest na autostradzie. Ten, kto jedzie na niej 80km/h powoduje znacznie większe zagrożenie niż ten, który jedzie 150km/h, z dokładnie tego samego powodu co powyżej. Takiemu elikwentowi wjechać w tyłek nietrudno. Nie mówiąc o tych, którzy toczą się np. 60km/h, bo i tacy się zdarzają. Sory, ja już wolę żeby ktoś kluczył między samochodami, przynajmniej wiem, że jest on pewny siebie.

Szybko nie znaczy źle

Statystyki oczywiście nie kłamią – według nich większość wypadków w Polsce jest spowodowanych przez zbyt dużą prędkość. Codziennie się słyszy, że ktoś wypadł z drogi, dachował itd., aż do znudzenia. Ale jeśli przypomnicie sobie typa o pseudonimie Frog, o którym jeszcze niedawno było bardzo głośno z poniższego powodu:

To po tym powinniście zadać sobie jedno, bardzo ważne pytanie: skoro prędkość zabija, to czemu on jeszcze żyje? Przecież powinien być już pięć razy w grobie. Oczywiście facet to totalny idiota, w żaden sposób nie da się usprawiedliwić jego jazdy ale… on tak na serio zagrożenia nie stworzył. Jechał bardzo szybko, bardzo ryzykownie, na granicy rozsądku i ryzyka, ale w sumie nic się nie stało. Trochę nawet faceta podziwiam, że w tak perfekcyjny sposób opanował jazdę swoim samochodem, poznał go od podszewki i wiedział na co w którym momencie go stać. Zrobił głupio, ale jeździł fenomenalnie, taka prawda.

Oczywiście jest to przykład ekstremalny. Ale czy jeśli ktoś jedzie o 10km/h za szybko to faktycznie jest w tym coś złego? Ciągle nam się wmawia, że wypadki są wynikiem nadmiernej prędkości, nawet jeśli to było 56km/h na ograniczeniu do 50. Co jest oczywiście totalną bzdurą, bo wypadki nie biorą się z samej prędkości tylko jeszcze z kilku czynników, które na to wszystko się składają. Jaki jest najważniejszy z nich? Brak umiejętności, a nie nadmierna prędkość. O to tutaj chodzi. Gdyby nadmierna prędkość powodowała wypadki, to kierowcy wyścigowi wygięliby w tempie ekspresowym. A oni jakoś od tej prędkości umrzeć nie chcą.

Zwróćmy uwagę na umiejętności

Zwracanie uwagi na przekraczanie ograniczeń i szukanie w nich jedynej winy całego drogowego zła jest właśnie jak ta rada matki, by Janek ‘latał nisko i powoli’. Jest to pójście na łatwiznę, odwrócenie kota ogonem i przede wszystkim nie zwracanie uwagi na realia. To nie prędkość zabija. To ludzie nie są w stanie ocenić sytuacji na drodze, nie potrafią wziąć pod uwagę warunków atmosferycznych, brakuje im wyobraźni. Jakby każdy miał dewizę ‘albo grubo albo wcale’, jak to mój znajomy mówi. Tylko on jest na tyle dobrym kierowcą, że pisząc ten tekst jedziemy właśnie autostradę trochę (hmm) ponad ograniczenie, a ja czuję się bezpiecznie. Bo wiem, że potrafi wziąć pod uwagę wszystko co jest wokół samochodu i jedzie akurat tyle ile trzeba. Nie mniej, nie więcej, tylko akurat tyle.

Tak naprawdę chodzi tylko o jedno – o rozsądek. Więcej nie trzeba.

Więc może zamiast zwracać uwagę tylko na szybką jazdę i w niej szukać wszystkich problemów, należałoby postawić bardziej na umiejętności i samoświadomość kierowców? Wtedy zamiast zabraniać szybkiej jazdy i karać za przekroczenie o 10km/h mielibyśmy spokój, bo każdy wiedziałby na co go stać w danym momencie, na co pozwala jego auto i co się dzieje wokół niego. Gdyby każdy kierowca potrafił ocenić przynajmniej te 3 rzeczy, wypadków byłoby znacznie mniej i każda kampania przeciwko prędkości byłaby zbędna.